Wyszli całą grupą w ciepłą, rozgwieżdżoną noc. Pachniało lawendą, a cykady hałasowały z zapamiętaniem. Szli w kierunku miasteczka, aby dokończyć zabawę w jednej z licznych winiarni. Śpiewali, odurzeni młodością i wakacjami, a niektórzy – wstępnie – proškiem lub travaricą.
Byli już na deptaku pod piniami, tam, gdzie skały schodzą łagodnie ku morzu, tworząc naturalne, wygodne stopnie, gdy podszedł od tyłu i wziął ją delikatnie za rękę.
– Chodź – wyszeptał – pokażę ci fajne miejsce.
Posłusznie odłączyła się od reszty i poszła za nim. Sandały z rzemyków grzęzły w ściółce z piniowych igieł, a drapieżne agawy wbijały kolce w jej zwiewną sukienkę i kilka razy przystawali, by je wyplątać z falbanek.
Na dole wszystko było takie, jakie być powinno. Maleńka zatoczka objęła ich przyjaźnie, oddając ciepło nagrzanych w ciągu dnia skał. Przed sobą mieli widok na hotelową marinę, cichą i bezludną o tej porze. Kilka niewielkich łódek kołysało się lekko, a w tle majaczyły Pakleni Otoci, ze srebrnymi od pełni drzewami.
Wyjął z plecaka wino. Po paru łykach przestała ją uwierać konieczność picia z butelki. Leżeli na plecach i rozmawiali – o książkach, kotach i astronomii. Niekiedy milkli i słuchali spokojnego oddechu morza.
Gdy w butelce ukazało się dno, a księżyc utknął na maszcie największej z łódek, obrócił się na bok, podparł na łokciu i rzucił od niechcenia:
– A może byśmy tak się pobzykali?


Kopiowanie tekstów, obrazów i wszelakiej twórczości użytkowników portalu bez ich zgody, jest stanowczo zabronione. (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych, Dz.U. 1994 nr 24 poz. 83 z dnia 4 lutego 1994 r.).