| Święty Franciszek w labiryncie - koriat |
Ściany labiryntu są kamienne i niezrozumiałe. Skręcają i krzyżują się w sposób niemający nic wspólnego ze światem ani Bogiem. Franciszek błądzi. Nie jest wszak Tezeuszem, ani Umberto Eco, ani Borgesem, w najgłębszych snach nie przeczuwa ich istnienia. Nie widzi więc w labiryncie wzniosłego symbolu czy też modelu wszechświata, bądź paraboli ludzkiego losu. Nie wie, jak ta dziwna budowla, w której panują chłód i półmrok, mogłaby mu pomóc w opisaniu zbawienia lub grzechu. Widzi tylko szare, zimne kamienie, w gruncie rzeczy podobne do kamieni, z których wzniesiono domy i kościoły Asyżu, ale mimo to całkowicie obce, a może – bo i taka myśl przemyka mu przez głowę – w jakiś nieuchwytny sposób bluźniercze. Czuje też, że labirynt jest w pewnym sensie istotą żywą, ale zupełnie innego rodzaju niż ludzie czy ptaki, inną też od aniołów- chociaż akurat do nich mu chyba najbliżej. Albo do demonów, ale w tym wypadku nie jest to jakaś szczególnie istotna różnica.
Franciszek wie też, że korytarze, które przemierza tylko z pozoru są puste, w rzeczywistości pulsuje w nich zimna, obca mistyka. Umie ją dostrzec, choć nie ma ona nic wspólnego ze słoneczną mistyką umbryjskiego mnicha, tą, która kazała mu publicznie zedrzeć z siebie szaty, śnić o Palestynie i iść do Rzymu, tam, gdzie rzekomo prowadzą wszystkie drogi. Ale w labiryncie wszystkie drogi prowadzą w nieskończoność – to znaczy donikąd, bo przecież nieskończoność nie może zaistnieć dopóki istnieje cokolwiek innego, choćby był to tylko sam labirynt.
Nie do końca rozumie, jak się tu znalazł. On, który chciał tylko wierzyć, że świat jest dobry,a tylko niepojęty, i jedynie dlatego wydaje się być czymś innym niż jest, i on, który płakał z radości leżąc na szczycie góry La Verna, a mięta i tymianek krzyczały z bólu zamiast niego. Od tamtej pory umierał i żył jeszcze wiele razy, ponownie wypełniając swój stary brązowy habit, i znowu wędrował przez świat, pomieszkując czasem w opowieściach i obrazach. Chciał ponownie odwiedzić Palestynę, ale nie udało się, czuje, że nie zobaczy jej już nigdy, tak jak nigdy nie zobaczy księżycowego światła igrającego we włosach Klary Ofreduccio, gdy uciekała przez okno swego domu, ani poczciwego uśmiechu brata Cattaniego; teraz możliwy jest już tylko labirynt.
Być może kiedyś spotka wreszcie Minotaura, który ostatecznie pozbawi go głowy i istnienia. Być może już się to stało. Albo nie stanie się nigdy, a Franciszek bezpiecznie dotrze do centrum labiryntu, by tam jeszcze raz znaleźć swoją La Vernę i wilka, a także Klarę, gniewnego Pietro Bernardone, braci i Chrystusa z San Damiano – wszystkich, którzy kiedykolwiek zaludniali jego sny, i wszystkich, którzy kiedykolwiek zaludniali i będą zaludniać sny o nim samym.
Styczeń 2010
Kopiowanie tekstów, obrazów i wszelakiej twórczości użytkowników portalu bez ich zgody, jest stanowczo zabronione.
(Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych, Dz.U. 1994 nr 24 poz. 83 z dnia 4 lutego 1994 r.).
|
|