defibrylacja przerwana zgon 23.55

wioski dzieciństwa spalone napalmem.
poświaty to nie były ogniska. z pieczonymi kartoflami.
tylko stos gdzie paliliśmy swój wstyd. ty wiesz.
przesilenie chemii weszło w nas gwałtem zbiorowym odbytych lat.

w samotni przydrożnych kapliczek poznawaliśmy się.
po białych trumienkach. z otwartymi oczami które ktoś zapomniał zamknąć.
odtąd będziesz najbliżej lasu. bliżej niż dystans pierwszego pocałunku.
baliśmy się tak samo; dobre wróżki opowiadały bajeczki
w które nie przestaliśmy wierzyć.

naciągała nas nawet herbata w Cafe Illusion. niedzielne spacery
koleinami mokrych dłoni podniesionych do katedr zwabienia.
prosiliśmy szybko dużo i bez argumentacji. resztę dźwięków
wydaliśmy bezpowrotnie.

później odtwarzano nam z taśm głosy płaczących kobiet.
melodię przyszłości. która się może kiedyś skomponować
w jęk i wycie wariatów zmęczonych pożyciem. moja mała dziewczynko
z kluczem na szyi. ustami rozchylonymi w podkówkę. moja cała. wiedz.
zawsze będziesz w zasięgu bólu. że aż niezauważalna.
nawoływana serc łomotem. może nas odnajdziesz
po smyczy do naszych identyfikatorów. proszę cię.

łyżeczka po łyżeczce. karmimy się budyniem nadziei.
wzajemnie przygwożdżonej wzrokiem do stóp
odmawiających modlitwy. słyszysz? nie będzie już żadnych wymian.
jeńcy naszych wspomnień dawno temu rozstrzelani.
w niespisanych nigdzie frazach.

ptaki

wronom i kawkom w jednej chwili
opadły skrzydła
nieme zagłuszają sumienie

wietrznie wpisana w pejzaż szumnych metafor
gardło zdarłaś prośbami imieniem zgubionym już przez echo
różową sukienkę w której teraz śnisz jak niemowlę
umorusane w kałuży stygniesz
niczym zgaszona zapałka ocierana o łzy

potrafiłaś zabłysnąć na dwie świeczki w torcie
i spełnić niewypowiedziane

światła w oknach
marzą się i pulsują
gwiazd nie uświadczysz a wszystko wskazuje
że poeci i tak będą chwilowo bezrobotni

na powiekach fiolet
i róż nakładany kwadratowymi pięściami
może stroboskop zaślepił a może popłynęłaś
o kieliszek za głęboko

zanim przyjechała dyskoteka było po ptakach
kartonowej twierdzy którą można rozpieprzyć
z buta

zimowla poetów

Ech, Gałązko Jabłoni, co ja widzę?
Co ja tu widzę wprost olśniewająco? Położyłem się wieczorem
i obudziłem się rano

E.S.

jeszcze dwa
góra trzy miesiące
a dwie pszczoły bez przerwy
przytulają się puszkiem do siebie
tak podobni że aż nierozpoznawalni
to nic
że ptasie dzioby co rusz niepokoją
pukaniem w drewno

tym razem to wiersz
czas dokarmiania




Kopiowanie tekstów, obrazów i wszelakiej twórczości użytkowników portalu bez ich zgody, jest stanowczo zabronione. (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych, Dz.U. 1994 nr 24 poz. 83 z dnia 4 lutego 1994 r.).