| Najtrudniejsza wyprawa - Poszukiwacz175 |
Na wschodnim wybrzeżu IV kontynentu, nieopodal granicy z Errfrandem, krainą krasnoludów, znajdowało się duże miasto portowe; Fristorros. Było to najdalej wysunięte na wschód duże miasto Isetii, oblewane ze wschodu przez fale Morza Słońca, zaś od pozostałych trzech stron świata otoczone potężnym murem.
Fristorros było głównym ośrodkiem handlu na całym kontynencie. To tutaj zjeżdżali się kupcy z najodleglejszych zakątków rozległego lądu: krasnoludy ze skalistych wybrzeży, ludzie z Isetii, jak i również z krain północy, oraz elfy z lasów Cyrionu. To tutaj, w porcie umocnionym wieżami z balistami i katapultami zaczynały i kończyły rejsy statki handlowe żeglujące po rozległym Morzu Słońca.
Fristorros było wielkim miastem, podzielonym na dzielnice. W jego centralnej części znajdował się ratusz, targowisko, katedra, wielki teatr i łaźnie. W dzielnicy rzemieślniczej, jak sama nazwa wskazuje, były warsztaty rzemieślnicze i domy mieszkalne. Dzielnica zachodnia składała się z budowli wojskowych. W dzielnicy portowej znajdowały się liczne karczmy i tawerny, w których przesiadywali kupcy i żeglarze, popijając miód wytwarzany w kraju krasnoludów, piwo i wino, jedząc dziczyznę oraz ryby.
Było późne popołudnie. Niebawem miał nadejść wieczór, żegnając jeden z wielu letnich dni odchodzących wraz z ostatnimi promieniami zachodzącego słońca. Niebawem także miała zacząć się gwieździsta noc, podczas której żeglarze i kupcy, a także mieszkańcy miasta mieli zebrać się na rynku, by pić miód i wino, tańczyć, śpiewać i bawić się, świętując wyjątkową noc, podczas której na niebie widoczny jest cały księżyc, a więc tak zwaną Noc Bohaterów.
Jednak jeden z żeglarzy tej nocy na pewno nie miał się bawić, ale odpoczywać przed trudną wyprawą. Był nim, siedzący w jednej z knajp, słynny podróżnik z Isetii, który mimo młodego jeszcze wieku - miał na oko trzydzieści lat - odbył wiele wypraw morskich. Pływał wraz ze swymi kompanami; admirałem Krissem i admirałem Lumburgiem. Zabierał ze sobą kilka najemnych oddziałów Isetii w celu podbicia wysp zamieszkałych przez barbarzyńskie plemiona i przyłączenia ich do Isetii.
Jednak ostatnimi czasy oddalał się bardziej od kontynentu, mijając wyspy Newarii i kierując się dalej na wschód, by dotrzeć do wysp mało znanego archipelagu wspominanego przez rybaków i żeglarzy. Nad większością wysp z owego archipelagu powiewała już chorągiew Isetii, przedstawiająca skrzydlatego konia, tak zwanego nidofera, który często występował w krajach ludzi. Jednak ostatnia wyspa, zamieszkiwana przez największe barbarzyńskie plemię nadal pozostawała niepodbita.
Podróżnik był wysoki i potężnej postury. Miał długie, czarne włosy zasłaniające uszy i brodę. Mimo młodego wieku na jego twarzy widoczne było zmęczenie trudnym życiem żeglarza. Czoło jego było całe w bliznach, być może został ranny podczas walki na miecze, a może pokaleczył się uderzając o maszt podczas sztormu. Małe, orzechowe oczy były lekko przymrużone i stanowiły prawdopodobnie jedyny element twarzy, który nie był kiedyś pokaleczony. No, może z wyjątkiem dużego nosa.
Podróżnik ubrany był w skórzany strój żeglarza, składający się ze spodni i płaszczu przewiązanego pasem, do którego doczepiono futerał z mieczem i sztylet.
Żeglarz miał na rękach ślady poparzeń, których się nabawił podczas wymiany ognia z piratami, kiedy to gasił płonącego żeglarza, trafionego w ramię strzałą z podpalanym fragmentem przed grotem. Tym żeglarzem był nikt inny jak największy szaleniec wśród przyjaciół podróżnika, który rzucił by się na wrogów mających kilkusetkrotną przewagę, więc admirał Lumburg, nie posiadający wówczas własnego okrętu.
- Hewingu, zdajesz sobie sprawę z tego, że wyspa ta jest zamieszkana przez waleczne plemię, którego wojownicy uzbrojeni są w regularną broń? - Powiedział niewysoki człowiek w wieku około siedemdziesięciu lat do podróżnika.
- Włócznie z kamieniami zamiast grot nazywasz regularną bronią? - Zapytał podróżnik drwiąc z prymitywnego uzbrojenia barbarzyńców, po czym odłożył na stół kufel z wypitym do połowy piwem. Stary człowiek siedzący naprzeciw niego pokręcił głową, po czym rzekł:
- Wojownicy tego plemienia różnią się znacznie od barbarzyńców, których spotykałeś na innych wyspach. Dysponują mieczami z dobrego żelaza, mają łuki i strzały, nie oddadzą łatwo swej wyspy.
- O to już się nie martw, moja armia nie jest może zbyt liczna, ale wszyscy wojownicy są dobrze wyszkoleni i bardzo doświadczeni. Twoja głowa w tym, jak dotrzeć do tej wyspy. -Stwierdził Hewing.
- Podczas sztormu wichura zagoniła mój statek w pobliże tej wyspy, dobrze znam jej położenie. Doprowadzę was do celu, ale oczywiście nie za darmo. - Powiedział stary.
- Dostałeś sto sztuk złota za same informacje, jeszcze ci mało?! - Zapytał nerwowo żeglarz.
- Owszem, mało. - Odrzekł starszy człowiek.
- Ty pijawko! Ostatnie oszczędności inwestuje w tą wyprawę, jestem spłukany, ale niech ci będzie. Dostaniesz pięćset sztuk złota, jeśli popłyniesz z nami jako przewodnik. -Zaproponował Hewing. Stary pokręcił głową, przechylił kufel z piwem pijąc do dna, po czym z hukiem odstawił go na stół i powiedział:
- Nie chodzi o pieniądze, chcę nidofera z pełnym oporządzeniem, miecz, zbroję i tarcze.
- Na co staremu rybakowi nidofer? - Spytał inicjator wyprawy, nie mogący zrozumieć rozmówcy.
- Jestem już stary, mam dosyć łowienia ryb za marne pieniądze, chcę spędzić resztę życia podróżując po kontynencie. - Odparł stary rybak.
- W takim razie zwiedzisz cały ląd, bo świetnie się trzymasz! - Zaśmiał się Hewing. - Ale dobrze, nie ma sprawy, masz już nidofera z siodłem i torbą na bagaż, a także oporządzenie wojskowe.
- Skoro tak, gdy tylko zechcesz, wyruszę z twoją flotą na wyprawę. - Powiedział stary.
- Trudno trzy okręty nazywać flotą. -Powiedział podróżnik. - Jesteśmy prawie gotowi, więc jutro skoro świt możemy ruszać.
Następnego dnia, gdy tylko wzeszło słońce z portu we Fristorros wypłynęły trzy potężne holki pod flagą Isetii. Jednym z nich dowodził admirał Kriss, jednym admirał Lumburg, a największym, uzbrojonym w katapulty na obu burtach dowodził admirał Hewing. Trzy statki płynęły stałym tempem, oświetlone promieniami słonecznymi, które odbijały się na falach morza niczym flesze aparatów. Po niebie płynęły białe obłoki, niczym owce bawiące się na polanie. Taka pogoda towarzyszyła żeglarzom podczas pierwszych dni podroży, później niebo pokryły ciemne chmury o upiornych kształtach. Z chmur zaczął padać rzęsisty deszcz, któremu pewnej nocy towarzyszyły pioruny, z których jeden trafił przedni maszt łodzi Lumburga, niszcząc słup i paląc żagiel. Przetrwanie tej trudnej nocy było bardzo trudne, szalejący sztorm skutecznie utrudniał podróż. Woda zalewała magazyny łodzi, by później cofnąć się, zabierając ze sobą do morza część zapasów żywności. Kilku żeglarzy straciło życie w trakcie walki z burzą. Jednego z nich porwało morze, innego przygniotły odłamki masztu, kilku zginęło śmiertelnie uderzając się o maszt lub burtę; morze rzucało holkami jak kawałkami dębowej kory. Burza trwała całą noc, Morze Słońca uspokoiło się dopiero nad ranem.
Gdy wzeszło słońce statki zarzuciły kotwice w pobliżu małej, niezamieszkałej wyspy. Wycięto jedno z największych drzew rosnących w małym lasku, a więc murana. Było to drzewo podobne do brzozy, tyle, że o ciemniejszej barwie kory i większych liściach, których długość przekraczała pół metra.
Z tego drzewa sporządzono maszt, a następnie przymocowano w miejscu zniszczonego masztu na łodzi admirała Lumburga i przywiązano zapasowy żagiel.
Zmarłych pożegnano zgodnie z panującą tu tradycją, a więc owijając płótnem, a potem wyrzucając za burtę, oddając ciało morzu.
Koło południa, gdy tylko niebo nieco rozjaśniło się, a zza chmur wyjrzało słońce, wyruszono w dalszą podróż.
Któregoś słonecznego poranku admirał Hewing stał na dziobie swojej łodzi wypatrując lądu. Podszedł do niego stary rybak i powiedział ochrypłym ze zmęczenia i niewyspania głosem:
- Do stu tysięcy piorunów, jest wczesna godzina, a słońce grzeje jak w południe.
- Jesteś pewien, że płyniemy we właściwym kierunku? - Zapytał Hewing ochlapując twarz wodą z ustawionego obok wiadra. - Ta podróż kosztuje nas wszystkich dużo wysiłku, musimy być pewni, że nie idzie on na marne.
- Spokojnie, znam drogę dobrze. Jeśli się nam poszczęści, to jeszcze dziś dopłyniemy do wyspy. Proszę o odrobinę cierpliwości. - Powiedział stary ocierając czoło.
- Wiatr nam nie sprzyja, może powinniśmy użyć wioseł. - Powiedział brązowowłosy żeglarz, podchodząc do dowódcy i starego rybaka. Był to członek załogi Hewinga. Miał na sobie letnie ubranie wojskowe składające się ze spodni i przewiewnej bluzy bez rękawów, a do pasa doczepiony miecz, by w każdej chwili móc stanąć do walki. Podobnie ubrani byli wszyscy członkowie załogi, a także najemni żołnierze wynajmowani przez Hewinga, którzy u jego boku podbili więcej wysp, niż można by zliczyć, a na okręcie spędzili tak dużo czasy, że śmiało można było ich nazwać wilkami morskimi.
- Nie. - Odparł Hewing. Członek załogi spojrzał na dowódcę pytającym wzrokiem, oczekując uzasadnienia krótkiej odpowiedzi. - Fromirze, jest gorąco, użycie wioseł kosztowałoby nas dużo sił, które powinniśmy oszczędzać na walkę z barbarzyńcami.
Wtedy rozległy się krzyki żeglarzy, którzy wskazywali mały punkt na horyzoncie.
- Wyspa! Wyspa! - Wołali marynarze. Admirał Hewing, stary rybak i żeglarz Fromir spojrzeli na wschód.
- Oto ta wasza upragniona wyspa. - Powiedział stary. - Macie, czego chcieliście.
- Jeszcze nie. - Stwierdził Hewing. - Chcemy być władcami tej wyspy, a zarazem całego archipelagu.
Przypływających do plaż statków nie witali wojownicy, prawdopodobnie na widok przybyszów skryli się w osadzie, która według przypuszczeń admirała Hewinga znajdowała się w centralnej części wyspy i była otoczona lasem.
Przybysze dobili do brzegu ryjąc dziobami łodzi w piaskach plaży. Opuszczając statki stawili pierwsze kroki na wyspie ich marzeń.
- Oto stanęliśmy na piaskach plaży głównej wyspy archipelagu, o który walczyliśmy wiele lat. Powiedział średniego wzrostu człowiek, w wieku około pięćdziesięciu lat, o długich, siwych włosach i brodzie, z czapką mającą chronić przed słońcem na głowie. Był to admirał Kriss, któremu jak zwykle towarzyszyła nieodłączna fajka nabita tak zwanym bambusowym tytoniem. Roślina ta rosła na wyspach południowych archipelagów, swoją nazwę zawdzięczała temu, że kształtem przypominała małe łodygi bambusa.
- Tak, Krissie. - Powiedział Hewing. - Oto zaczynają się spełniać nasze marzenia.
- Teraz trzeba szybko zaatakować, by tubylcy nie zdążyli się przygotować do obrony. -Powiedział admirał Lumburg sięgając po swój miecz.
- Przegrupować się! - Zawołał Hewing do swoich żołnierzy. - Żeglarze niech zostaną przy holkach, z nami pójdą tylko żołnierze.
- Hewingu, nie podbijemy wyspy w sześćdziesięciu zbrojnych. - Stwierdził Kriss.
- Przyjacielu, sam rozprawiłbym się ze wszystkimi barbarzyńcami. - Powiedział admirał Lumburg do Krissa. Lumburg był człowiekiem w wieku trzydziestu dwóch lat. Miał jasne włosy i niebieskie oczy, duży nos. Kawałek lewego ucha stracił podczas pewnej bitwy. Praktycznie całą powierzchnię jego pleców i ramion pokryta była poparzeniami. Na twarzy nie miał blizn, lecz ślady po adwertylozie, chorobie skóry powstałej wskutek nadmiernego przebywania na słońcu, podczas której pojawiają się niebieskie plamy, które z czasem znikają pozostawiając wysuszone, pomarszczone ślady na skórze.
- Nie będzie takiej potrzeby, przyjacielu. - Rzekł Hewing do Lumburga. - Mam pewien plan, chodźcie za mną.
Admirałowie i żołnierze uzbrojeni w miecze i łuki ruszyli przez las składający się z brzóz, grabów, buków i dębów. Jak się okazało po przejściu kilkudziesięciu metrów, centralną część wyspy otaczała głęboka rzeka, przy której rosła paproć niebieska. Była to roślina o łodydze zielnej, lecz niezwykle wytrzymałej, liście były krótkie i sztywne w kolorze szaroniebieskim. Przybysze nie zdziwili się na widok tej rośliny, gdyż była ona często spotykana w lasach środkowej i południowej Isetii. Było gorąco, więc najeźdźcy postanowili przepłynąć rzekę wpław. Za rzeką, na terenach podmokłych rosła dziwna roślina przypominająca ryż, ale w kolorze czerwonym. Kilkunastu tubylców pracowało przy uprawie tej rośliny.
Mieszkańcy wyspy byli rasy ludzkiej, mieli mocno opaloną skórę. Jako, że byli cywilami przybysze zostawili ich w spokoju, kierując się do centrum wyspy.
Po przedarciu się przez lasy najeźdźcy ujrzeli osadę otoczoną wysoką palisadą. Do wnętrza wielkiego obozu prowadziła brama z wieżami, w których ustawieni byli łucznicy.
- Gdybyśmy wiedzieli, że tubylcy wznoszą umocnienia, zabralibyśmy ze sobą machiny oblężnicze. - Powiedział Lumburg. - A tak będziemy musieli spalić palisadę.
- Niekoniecznie. - Odrzekł Hewing. Admirał Lumburg popatrzył po dowódcy ze zdziwieniem, po czym powiedział:
- Przecież tubylcy nie otworzą przed nami bramy swej osady.
- Być może otworzą. - Rzekł wpatrujący się w bramę podróżnik.
- Jak to? - Zapytał admirał Lumburg, który już nic nie rozumiał.
- Zaufajcie mi. - Powiedział Hewing, a następnie podszedł bliżej bramy. Strzegący jej łucznicy na wieżach wyjęli z kołczanów strzały i napięli cięciwy. Hewing uniósł ręce do góry i powiedział:
- Nie chcę z wami walczyć, chcę porozmawiać z waszym dowódcą.
Jeden z żołnierzy strzegących wejścia do osady zszedł z wieży i pobiegł gdzieś. Po chwili wrócił, prowadząc wodza wyspy. Otworzono bramę. Naprzeciwko dowódcy przybyszów stanął dowódca obrońców. Lekki wiatr rozwiewał jego długie, ciemne włosy. Człowiek ten miał niewiele ponad trzydzieści lat. Był wysoki i szczupły, ale silny. Szare oczy wyglądały jak dwa kamienie, nie mówiły niczego, nawet najlepszy mag nie potrafiłby wyczytać z nich charakteru ich właściciela. Niewielki nos był cały pokaleczony, być może niedawno dowódca tubylców toczył walkę, a może po prostu potknął się i skaleczył przy upadku. Człowiek ten miał krótki zarost na twarzy. Ubrany był w ciemnozielone spodnie i koszulkę bez rękawów, przy pasie miecz w pochwie.
- Jestem Aburum, wódz tej wyspy. -Przedstawił się przywódca tubylców.
- Moje imię to Hewing, przybywam tu, by uczynić tę wyspę moją. - Odpowiedział dowódca najeźdźców.
- Zatem czeka nas walka. - Stwierdził Aburum.
- Nie! Nie każmy naszym wojownikom ginąć w imię naszych rozkazów. - Powiedział Hewing.
- Nie ma innego sposobu rozstrzygnięcia naszego sporu. - Stwierdził Aburum.
- Owszem, jest. - Rzekł przywódca przybyszów.
- Mylisz się, jedynym sposobem jest walka. - Upierał się Aburum. Hewing pokiwał głową, po czym rzekł:
- Istotnie, bez walki się nie obejdzie. Jednak nie widzę potrzeby, by ingerować w nią naszych żołnierzy.
- Jak to? - Zdziwił się wódz obrońców.
- Stoczmy pojedynek między sobą. Przedtem wszyscy nasi wojownicy przysięgną, że uznają wyższość zwycięzcy. - Zaproponował admirał Hewing. - Jeśli wygrasz ty, moi ludzie się wycofają. Jeśli wygram ja, zagarnę osadę, a twoi żołnierze dołączą do mojej armii.
- A co jeśli zabiję ciebie w pojedynku, a twoi wojownicy i tak zaatakują moją osadę? - Zapytał podejrzliwie Aburum.
- Przysięgam na mój miecz, że tak się nie stanie. O ile przysięga znaczy cokolwiek dla was, barbarzyńców. - Powiedział admirał Hewing. Po usłyszeniu tycz słów krew wodza osady zagotowała się w żyłach. Oburzony, ułożył prawą dłoń na rękojeści swojego miecza. Już chciał dobyć broni i ściąć głowę przywódcy przybyszów, ale powstrzymał się. Popatrzył podejrzliwie po Hewingu, po czym rzucił okiem na pozostałych przybyszów, a następnie, pozostawiwszy ostrze w futerale, rzekł:
- A czy nie jest przypadkiem tak, że twoja armia jest zbyt słaba, by mierzyć się z moją i szukasz po prostu innego sposobu, by podbić moją wyspę?
Na to Hewing roześmiał się, po czym powiedział:
- Moja armia jest zbyt słaba, by mierzyć się z twoją?! Przecież ty nawet nie masz armii, ale bandę dzikusów.
- Co takiego?! Łucznicy! - Zawołał dowódca obrońców do żołnierzy ustawionych na wieży. Łucznicy przygotowali strzały i napięli cięciwy.
- Każ im strzelać, a zrobisz najgłupszą rzecz w swoim życiu. - Powiedział spokojnie admirał Hewing. - Jeżeli twoi wojownicy mnie zabiją, zaatakuje cię moja armia.
- Nie boję się tej garstki żołnierzy. - Rzekł z pogardą wódz osady.
- Na twoim miejscu też bym się ich nie bał. - Powiedział admirał Hewing. Aburum nie rozumiał już swego rozmówcy, więc zapytał:
- W takim razie dlaczego mam cię nie zabijać?
- Już mówiłem, jeśli twoi żołnierze mnie zabiją, moja armia zrówna z ziemią tę osadę. -Odpowiedział dowódca przybyszy. Aburum złapał się za głowę i powiedział z nerwami:
- Do stu tysięcy piorunów, przed chwilą mówiłeś, że na moim miejscu nie bał byś się twoich żołnierzy!
- Nic takiego nie mówiłem! - Zaprzeczył Hewing. Wódz wyspy wypowiedział kilka przekleństw w rodowitym języku, a następnie sfrustrowany i zmęczony bezsensowną dla niego rozmową zapytał:
- Jak to?!
- Z tego co pamiętam, wspominałem jedynie, że na twoim miejscu nie bałbym się tych zwiadowców. - Powiedział Hewing, wskazując swoich żołnierzy.
- Jakich znowu zwiadowców?! - Zapytał przywódca obrońców wyspy.
- Ci żołnierze to moi zwiadowcy. - Skłamał admirał Hewing, wskazując swoich wojowników.
- To gdzie jest twoja armia?
- Na plaży.
- Jak to?
- Zwyczajnie. Moi wojownicy czekają przy statkach. Są tam także machiny oblężnicze. Wystarczy jedno moje słowo, lub słowo któregokolwiek z moich zwiadowców, a czekający na plaży wojownicy rozpętają tu prawdziwe piekło i zrównają twą osadę z ziemią. - Powiedział dowódca najeźdźców. Aburum już prawie miał zgodzić się na pojedynek, ale powstrzymał się w ostatniej chwili i zadał pytanie:
- Ale tak właściwie, to skąd mam wiedzieć, że mówisz prawdę?
- W każdej chwili możesz to sprawdzić. - Stwierdził Hewing.
- Niby jak? - Zapytał Aburum.
- W każdej chwili możesz wysłać któregoś z twoich wojowników z jednym z moich zwiadowców na plaże. Po powrocie twój wysłannik zda ci raport z tego, co tam zobaczy. -Powiedział Hewing.
- Co on wygaduje, przecież na plażach nie ma żołnierzy. -Powiedział cicho admirał Kriss do Lumburga. Ten mu na to dopowiedział:
- Spokojnie, zaufaj mu.
- Dobrze, wyślę jednego z moich ludzi. - Powiedział Aburum do Hewinga o chwili namysłu, po czym zawołał jednego ze swych wojowników. Hewing również przywołał jednego ze swoich żołnierzy, powiedział mu coś cicho i odszedł do swoich żołnierzy. Aburum również dołączył do swych wojowników, by razem z nimi oczekiwać powrotu posłańca.
Dowódca agresorów usiadł obok swych żołnierzy w cieniu jednego z byków na skraju lasu. Po kilkudziesięciu minutach wysłannik Aburuma wrócił i zdał raport dowódcy. Wysłannik Hewinga również podszedł do swego przywódcy.
- Powiedziałeś mu wszystko, co ci kazałem? - Zapytał przywódca przybyszy.
- Tak jest. - Odpowiedział jego żołnierz, który poprowadził wysłannika wodza osady. Wtedy Aburum podszedł do Hewinga, mówiąc:
- Jako, że mój wysłannik potwierdził, że na plażach znajduje się twoja armia i machiny oblężnicze, zgadzam się na pojedynek.
Admirał Kriss i admirał Lumburg zgłupieli do reszty. Nie wiedzieli jak to możliwe, że posłaniec Aburuma zobaczył na plażach machiny oblężnicze i wojsko.
- Zastanawia mnie tylko jedno. - Powiedział Aburum. - Skoro masz taką silną armię, to dlaczego nie zniszczysz osady i nie odejdziesz, pozostawiając za sobą spalonej ziemi, ale prosisz mnie o pojedynek?
- Nie chcę zniszczyć osady, chcę stać się jej władcą. Twoi wojownicy będą mi potrzebni do obrony wyspy, gdy wybuduję tu miasto. - Odpowiedział Hewing. - Jakie będą zasady pojedynku?
- Walka na śmierć i życie z wykorzystaniem jedynie mieczy. - Odpowiedział wódz osady bez dłuższego namysłu. Zapewne obmyślił wszystko oczekując powrotu posłańca.
Przeciwnicy przygotowali się do pojedynku i dobyli mieczy. Sędzią, którego rola polegała praktycznie jedynie na ogłoszeniu rozpoczęcia pojedynku, został wysoki na przeszło dwa metry miejscowy szaman: Winguar.
Pojedynek zaczął Aburum, próbując zadać przeciwnikowi silny cios z góry. Hewing obronił się, blokując atak. Iskry powstałe na wskutek uderzenia o dwóch kawałków żelaza wpadły do oczu dowódcy przybyszów. Chcąc wyrównać szanse, Hewing cofnął się i sięgnął po garść ziemi, którą cisnął w oczy przeciwnikowi. Wódz osady szybko się otrząsnął i zaatakował z góry. Hewing wykonał jednak szybki unik i ostrze rywala uderzyło o ziemię. Wykorzystując okazję przywódca najeźdźców zablokował miecz przeciwnika, po czym z całej siły kopnął go całej siły w pięty. Aburum zachwiał się i upadł na plecy. Admirał Hewing uniósł rękojeść swego miecza w górę, by zadać przeciwnikowi cios w brzuch, jednak ten przeturlał się, nim Hewing zdołał uderzyć. Aburum podniósł się szybko i przeprowadził atak wyskakując w górę i kierując ostrze miecza w stronę serca rywala. Dowódca przybyszów odskoczył w bok, jednak mimo uniku wódz osady zdołał drasnąć ramię przeciwnika. Hewing, nie zważając na odniesione obrażenia, rzucił się do ataku. Wódz osady zdołał w porę się obrócić i zablokować cios, jednak Hewing był na tyle szybki, że w mgnieniu oka zadał drugi cios, wbijając ostrze w serce przeciwnika. Aburum upuścił własny miecz, jego źrenice skryły się za powiekami. Dowódca obrońców upadł martwy na ziemię, a jego ciało utonęło w kałuży krwi. Hewing otarł z krwi głownię miecza i schował ostrze w pochwie.
Admirał Kriss i Admirał Lumburg podbiegli do zwycięzcy pojedynku, wręcz skacząc z radości. Hewing był spokojny, jakby nie uczynił nic znacznego.
Zgodnie z ustaloną wcześniej zasadą osada wpadła w ręce przybyszów, a armia obrońców została wcielona w szeregi wojsk Hewinga, który teraz odpoczywał na plaży, wpatrując się w zaczerwienione od promieni zachodzącego słońca niebo. Podszedł do niego admirał Lumburg niosąc kufel piwa. Usiadł obok przyjaciela i podając mu jeden z kufli powiedział:
- Miejscowe piwo, bardzo dobre.
- Dzięki. - Odpowiedział przywódca zwycięskiej armii, odbierając kufel piwa. - Elfy twierdzą, że jeśli przed zmierzchem niebo rumieni się, a po zachodzie słońca pada deszcz to znaczy, że minionego dnia przelała się niewinna krew.
- To tylko wierzenia elfów, a poza tym wątpię, by Aburum był dobrym człowiekiem. -Powiedział Lumburg.
- Tak czy owak, zabiłem dzisiaj człowieka, który bronił swej ojczyzny. Czy uczyniłem coś złego, przekonamy się po zmierzchu. - Rzekł zwycięzca pojedynku.
- Wiesz Hewingu, ciekawi mnie jedna sprawa. - Rzekł Lumburg.
- A mianowicie jaka? - Zapytał Hewing.
- Gdy opuszczaliśmy statki i ruszaliśmy na podbój wyspy na plażach nie było wojska, ani machin oblężniczych, a gdy wróciliśmy także niczego podobnego nie zauważyliśmy. Nasuwa się więc pytanie, jak to możliwe, że wysłannik Aburuma zobaczył tu silną armię? - Zapytał admirał Lumburg. Przywódca przybyszów uśmiechnął się, po czym powiedział:
- Zauważyłeś, przyjacielu, że wysłałem z wojownikiem Aburuma także mojego żołnierza?
- Owszem, wydałeś mu nawet jakieś instrukcje. - Stwierdził Lumburg.
- Zgadza się, kazałem mojemu żołnierzowi powiedzieć wysłannikowi wroga, że katapulty okrętowe znajdujące się na burtach mojej łodzi to zwykle machiny oblężnicze, które możemy zabrać pod mury osady i zbombardować ją. Kazałem mu jeszcze powiedzieć, że żeglarze uzbrojeni w miecze to żołnierze, których zbroje i oporządzenie znajduje się na statkach. -Wyjaśnił Hewing. Na to admirał Lumburg mu powiedział:
-Ale cwaniak z ciebie, Hewingu. Ty byś wygrał wojnę ze stokrotnie silniejszym wrogiem.
Hewing uśmiechnął się, obserwując słońce kryjące się za horyzontem. Ta noc była zupełnie spokojna, a deszcz nie padał.
Podbijając ostatnią barbarzyńską wyspę tego archipelagu Hewing stał się jego władcą i zyskał wiele pieniędzy, za które pobudował na wyspach miasta, a największe tu, na wyspie, której nie podbił siłą, lecz podstępem. Z czasem jego wyspy stały się silne i bogate, więc utworzył z archipelagu królestwo, które pozostawało w kontaktach handlowych z Isetią, Errfrandem i Cyrionem i było bez wątpienia najbogatszym krajem wyspiarskim znajdującym się na Morzu Słońca. -
-Działo się to w pierwszym tysiącleciu czwartej ery w ,,Drugiej Rzeczywistości’’, w świecie znacznie różniącym się od naszego.
Kopiowanie tekstów, obrazów i wszelakiej twórczości użytkowników portalu bez ich zgody, jest stanowczo zabronione.
(Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych, Dz.U. 1994 nr 24 poz. 83 z dnia 4 lutego 1994 r.).
|
|